Sesja (NIE) idealna

Felietony / OPUBLIKOWANE W

Każdy chciałby przeżyć to chociaż raz. Taką idealną sesję, na której krzyczeliście z emocji. Pełną epickich walk i głębokiej immersji. Gdzie po zakończeniu spędziliście dużo czasu na opowiadaniu, jak dobrze się bawiliście.
A następne kilka dni nie potrafiliście zasnąć, myśląc o tym niesamowitym przeżyciu. O której opowiadacie na konwentach i z satysfakcją obserwujesz zazdrosne twarzy znajomych mistrzów.
Jednak często jest tak, że taka sesja nie przychodzi. Długo czekamy, ale każda kolejna znowu nas rozczarowuje. Zauważyłem, że u wielu osób wystarczy jedno małe spięcie, żeby całą wyrzucić z kategorii „idealnej” w swoim mniemaniu sesji. Albo gdy prowadzą bez większych przygotowań, w nie przygotowanym do tego miejscu, od razu zakładają, że takiej sesji nie będzie dane zapisać się w tym chlubnym zestawieniu. Moim zdaniem to nie jest dobra metoda, żeby naprawdę cieszyć się graniem.

Nigdy nie będzie doskonale

Założenie, jakie polecam, jest takie, że sesja nigdy nie będzie idealna, ale tak naprawdę taka być nie musi. Jeżeli zrobimy sobie kryteria tego czym dla kogoś jest idealna sesja pewnie zobaczymy bardzo szerokie spektrum rzeczy.
Równo podzielony spotlight, odpowiednio dobrana muzyka, współtworzenie świata, epickie plot-twisty…może być naprawdę różnorodnie. Jednak gdy myślimy sobie o filmach, książkach lub grach, które najbardziej cenimy, to bardzo często nie zawierają one wszystkich naszych ulubionych rzeczy na raz.
Tak się po prostu nie da. Poza tym często nasze ulubione produkcje również idealne nie są. Zawierają błędy logiczne, słabsze ujęcia czy inne śmiesznostki. Nie sprawia to jednak, że nagle przestają nam się podobać i odrzucamy je w kąt. Niech to nam posłuży za inspirację.

Niespodziewany zwrot akcji

Nawet gdy na sesji coś nie zagra, nie skreślajmy jej jeszcze. Posłużę się tu przykładem mojego znajomego. Prowadził sesję, na której przez większość czasu nic nie szło po jego myśli. Jeden gracz ciągle zadawał głupie pytania, wtrącał się innym graczom, jednym słowem psuł rozgrywkę. Przez bite 3 godziny pisał nam na czacie obelgi, które chciałby rzucić w jego kierunku oraz całej tej sesji. Jednak gdy minęła 4 godzina, wszystko się zmieniło. Wiadomości, które wtedy otrzymaliśmy, zawierały zwrot o 180 stopni. Gracz się ogarnął, a ostatnia godzina nagle okazała się głęboką immersją, na której nawet pojawiły się łzy! Długo rozpisywał się, jakie pozytywne emocje towarzyszą mu po tej grze, chociaż nic tego nie zapowiadało. Wynika z tego prosty wniosek, że nie warto oceniać sesji, aż do ostatniej sceny.

Niemożliwe…

Czasem jest tak, że siadając do sesji, od razu zakładamy najgorsze. Nic nam nie sprzyja i nie jest możliwe, żeby cokolwiek sprawiło, że najbliższe kilka godzin będzie „Jednym z najlepszych chwil w naszym życiu”.  Tutaj użyję mojego przykładu. Jako MG na zimowisku prowadziłem kampanię supebohaterską. Wymyśliłem sobie taką, bo…nigdy wcześniej takiej nie prowadziłem. Do tego dobrałem sobie system FUPL, którego nigdy wcześniej nie używałem. Już się nam zbiera ciekawy zestaw. Ekipa, której prowadziłem, liczyła sobie 7 osób, w maksymalnym możliwym przedziale wiekowym 13-18 o ile dobrze pamiętam. Prawie nikt się nie znał. Przy okazji prowadziłem jednocześnie jeszcze kampanię Zewu Cthulhu innej ekipie. Miałem więc prowadzić dwie sesje dziennie w różnych konwencjach. Czasu na przygotowanie miałem bardzo mało, a muzyką były losowe playlisty superbohaterskie na spotify (Nigdy czegoś takiego nie róbcie!).

…nie istnieje

Jak można się domyślać, efekt mojej pracy mocno mnie nie zadowalał i miałem poczucie, że zawodzę również uczestników, którzy przyjechali na zimowisko pograć w fajne erpegi. Na ostatni, finałowy dzień kampanii szedłem niczym żołnierz z trzymaną w rękach białą flagą, ostatecznie pokonany w nierównej walce, którą mimo wszystko sam sprowokował. Gdy jednak kilka godzin później wyszedłem z naszej gralni, ba…aż do dzisiaj zastanawiam się, co miało tam miejsce. Pewnie, ta sesja również nie była idealna, ale z mojej perspektywy jako mistrza gry, a mam nadzieję, że również i graczy to, co się tam wydarzyło, niczym nie przypominało słabego, ani  jako takiego finału, na jaki nastawiałem się, rozpoczynając tę opowieść. Doszło do tego, że w pewnym momencie sesji w trakcie opisywania jednej sceny zaczęły mi się trząść ręce z ekscytacji. Poczułem na tej sesji takie spełnienie, to było coś, co mi się śniło, myśląc o kampanii superbohaterskiej. I owszem patrząc na całokształt jak i również na finał pewnie dało się je rozegrać lepiej, ale gdyby to roztrząsać w ten sposób to pewnie nigdy nie byłbym zadowolony z żadnej sesji, jaką poprowadziłem.

Samokrytyka, a zadowolenie

Dla pielęgnowania warsztatu MG na pewno ważne jest to, żeby poddawać analizie i krytyce swoje sesje, ale nie warto popadać w skrajność, w której przestają cieszyć nas sesje zawierające off-topy, graczy podejmujących czasem głupie decyzje, czy te, które improwizujemy na bieżąco. Uważam, że warto dawać takim sesjom szanse i nadzieję, a efekty bardzo często będą nas zaskakiwać wspomnieniami towarzyszącymi nam przez kolejne lata RPG-owego życia. Trzymajcie się!

Dodaj komentarz